|
|
 La bella semplicità
Muzeum Teatralne w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej zaprasza na wystawę La bella semplicità w Małych Salach Muzeum.
W 1972 roku zbiory Muzeum Teatralnego w Warszawie powiększyły się o pochodzący z kolekcji Stanisławy i Wilama Horzyców album kostiumów baletowych, zaprojektowanych przez Leonardo Mariniego dla Teatro Regio w Turynie, noszący tytuł Abiti per i Balli di Mezzo Carattere e Grotteschi. Eseguiti al Re’ Teatro di Torino. Inventati Disegnati, a Diretti da Leonardo Marini Diseg’ del Re di Sardegna Parte Terza. Jest on zbiorem 44 akwarel przedstawiających kostiumy baletowe damskie i męskie, przede wszystkim o charakterze narodowym oraz różnorakie kostiumy pasterskie, wieśniacze i stroje szaleńców. Są one typowe dla la danse demi caractère i la danse grotesque, wyodrębnionych przez Jeana-Georgesa Noverre’a w jego Lettres sur la dance, et sur les ballets z 1760 r. i nawiązujących do sielankowych scenek pasterskich i wiejskich, czy tańców ludowych. Balet komiczny ponadto upodobał sobie występujące już od połowy XVII w. różne motywy egzotyczne i orientalne.
W projektach Mariniego pochodzących ze zbiorów Muzeum Teatralnego znajdujemy wiele z tych wątków. Pojawiają się wielobarwne kostiumy Anglików, Szkotów, Hiszpanów, czy Holendrów. Są też stroje: polski, czeski, ormiański i tatarski, ale także liczne ubiory pasterzy, wieśniaków i prostaczków. Część z nich można próbować połączyć z określonymi tańcami, np. projekty strojów marsylskich z la matelotte, modnym w XVIII w. francuskim kontredansem, czy projekty kostiumów angielskich i szkockich z żywiołowym angielskim guigiem lub popularnymi w tym okresie pastorale scozzese. W albumie znajduje się też pięć projektów strojów szaleńców wywodzących się jeszcze z tradycji comedii dellʼ arte i weneckiego karnawału.
Leonardo Marini (1737–1806) pracował w Teatro Regio od sezonu 1767/68 do roku 1799. Przez ten długi okres współpracował z rodziną najsłynniejszych w owym czasie włoskich scenografów, braćmi Galliari. W trakcie swej kariery w Teatro Regio artysta ten zatrudniany był także na dworze królewskim, gdzie pełnił rozmaite funkcje, przede wszystkim jako malarz i dekorator. Projektował mundury dla sabaudzkiej armii, był profesorem Królewskiej Akademii Malarstwa i Rzeźby, a w 1782 r. został dekoratorem pokojów i gabinetów królewskich. Dekoracje malarskie wykonane przez niego zachowały się m.in. w Castello di Moncalieri, Palazzo Gozzani di Treville w Casale Monferrato, czy Palazzo Barolo w Turynie.
Pośród zachowanych do tej pory prac Mariniego najważniejszy jest, znajdujący się w turyńskich zbiorach album Abiti antichi di diverse nazioni d’Europa, e d’Asia..., głównie ze względu na wstęp zawierający rozważania na temat formy kostiumu teatralnego. Tekst ten można uznać za swojego rodzaju manifest programowy autora, ściśle powiązany z ówczesnymi tendencjami reformatorskimi w teatrze włoskim i francuskim. Postulował w nim przede wszystkim odrzucenie wszelkiego rodzaju fantazji i dziwactw oraz pompy, typowej dla barokowej sceny, na rzecz pięknej prostoty – la bella semplicità – popartej jednak wiedzą z zakresu historii i geografii.
Czy Marini sam spełniał te postulaty? Gdy dziś spoglądamy na jego projekty nie zauważamy prostoty. Ale rzeczywiście, w stosunku do poprzedniej epoki cechuje je lekkość i delikatność. Pasterki Mariniego są być może mniej eteryczne od pasterek Boqueta. Jego postaci są tętniące życiem, pełnokrwiste, a mimo to pełne wdzięku. Ich szaty są bogate w różne draperie, falbany, girlandy jedwabnych kwiatów i riusze, ale nie odczuwa się przeładowania, co autor uzyskał dzięki subtelnej harmonii barw. Z drugiej jednak strony, porównując projekty Mariniego oraz Boqueta i jego uczniów, widać olbrzymie podobieństwo i użycie tych samych elementów formalnych, czy zestawień kolorystycznych.
Wystawie będzie towarzyszył pokaz kostiumów i projektów współczesnych artystów: Nicky Shaw do Wesela Figara (reż. Keith Warner) w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej i Doroty Kołodyńskiej do Umowy, czyli łajdaka ukaranego (reż. Jacques Lassalle) w Teatrze Narodowym. Zaprezentowane zostaną też filmy z obu przedstawień. W tym przygotowana specjalnie na potrzeby ekspozycji projekcja prezentująca kostiumy z Wesela Figara. Muzeum Teatralne pragnie podziękować Paniom Dorocie Kołodyńskiej oraz Nicky Shaw za wypożyczenie swych projektów, a także Teatrowi Narodowemu i Teatrowi Wielkiemu – Operze Narodowej za udostępnienie kostiumów prezentowanych na wystawie.
Wystawa czynna będzie od 15 maja do końca czerwca 2012 roku w Małych Salach wystawowych Muzeum Teatralnego.
Wystawa czynna od poniedziałku do piątku, w godzinach 10-15. Wejście od ulicy Wierzbowej.
Dla widzów Teatru Wielkiego - Opery Narodowej na godzinę przed spektaklem i w przerwach.
Bilety: normalny 7 zł, ulgowy 5 zł, dla widzów TW-ON wejście bezpłatne.
Komisarz wystawy i autor scenariusza: Katarzyna Wodarska-Ogidel Aranżacja plastyczna: Adam Karol Drozdowski Współpraca: Monika Bocheńska, Monika Chudzikowska, Maryla Staniszewska, Marta Zembrzuska Projekcje multimedialne: Przemysław Grela Konserwacja obiektów: Piotr Matosek Prace techniczne: Mariusz Podurgiel Promocja wystawy: Marta Zembrzuska Biuro wystawy: Małgorzata Hubicz
Pronaszkowie. Przestrzenie teatru
9 grudnia 2011 – 31 stycznia 2012 Małe Sale Muzeum Teatralnego Wystawa czynna od środy do soboty w godzinach od 12-18
Scenariusz MONIKA CHUDZIKOWSKA Komisarze wystawy MONIKA CHUDZIKOWSKA, ANDRZEJ KRUCZYŃSKI Współpraca MONIKA BIAŁECKA, KAROL DROZDOWSKI, MARYLA STANISZEWSKA, KATARZYNA WODARSKA-OGIDEL, JOLANTA ŻUKOWSKA Aranżacja plastyczna PRZEMYSŁAW KLONOWSKI Projekcje multimedialne PRZEMYSŁAW GRELA Promocja wystawy MARTA ZEMBRZUSKA

Wojciech Dudzik PRZESTRZENIE TEATRU
Kim w dziejach polskiej inscenizacji i reżyserii jest Leon Schiller, tym w historii plastyki teatralnej – Andrzej Pronaszko. Bez jednego i drugiego nie byłoby współczesnego teatru w Polsce w obecnym kształcie. To oni obaj położyli fundamenty, na których buduje się nieledwie do dziś. Co prawda, sam Pronaszko nie zgodziłby się na taki podział, uznawał bowiem inscenizację za całościowe przygotowanie sztuki do realizacji scenicznej i efekt pracy całego zespołu: reżysera, scenografa, dramaturga, aktorów [1]. Nie zmienia to jednak faktu, że w XX wieku to właśnie pomiędzy tych dwóch artystów – reżysera i plastyka – rozłożyła się odpowiedzialność za kształt artystyczny przedstawienia teatralnego. Być może, w oczach Pronaszki, bardziej uprawnione byłoby rozróżnienie na inscenizację dramatyczną i inscenizację plastyczną, ale oczywiście w ścisłym zespoleniu ze sobą obu tych procesów. Niezależnie od terminologii trzeba jednak powiedzieć, że to właśnie mniej więcej przed stu laty (dopiero wtedy!) artysta-plastyk wyrósł na pełnoprawnego współautora przedstawienia teatralnego. Jednym z pierwszych w Polsce takich pełnoprawnych współautorów był Andrzej Pronaszko (przez pewien czas działający w teatrze w tandemie z bratem Zbigniewem).
Potrzeba było Wielkiej Reformy Teatru – jak zwyczajowo nazywa się w Polsce ten ruch odnowy i przemiany z przełomu XIX i XX wieku – by status oprawy plastycznej przedstawienia teatralnego uległ radykalnej zmianie, odzwierciedlonej dobrze w używanej terminologii: najpierw mówiono o malarstwie scenicznym, potem o dekoracji teatralnej, wreszcie o scenografii, oznaczającej kompozycję przestrzeni scenicznej. Wtedy właśnie, w ciągu pierwszych dekad minionego stulecia, artysta-plastyk stopniowo przestawał być tylko malarzem teatralnym i dekoratorem, stawał się zaś scenografem-inscenizatorem, odpowiedzialnym za całą p r z e s t r z e ń sceniczną, a nie tylko za tło działań aktorskich i wizualne wrażenia widzów. Znamienne, że kiedy Leon Schiller i Franciszek Siedlecki organizowali w warszawskiej Zachęcie w 1913 roku wielką wystawę projektów scenograficznych obrazujących ówczesne dokonania Wielkiej Reformy (z udziałem m.in. Edwarda Gordona Craiga, który napisał też przedmowę do katalogu), to nazwali ją jednak jeszcze Wystawą Nowoczesnego Malarstwa Scenicznego – choć z większym akcentem na słowo „nowoczesność” niż na „malarstwo”, co widać w tekstach towarzyszących wystawie. Proces przemiany świadomości terminologicznej postępował, jak się wydaje, wolniej niż praktyki teatralnej. Ani Andrzej Pronaszko, ani Zbigniew Pronaszko nie uznałby siebie za malarza scenicznego, choć obaj oczywiście aktywnie działali też na polu malarstwa. „Scenograf powinien być równocześnie malarzem sztalugowym – pisał pod koniec życia Andrzej Pronaszko. – Bez umiejętności rozwiązywania płaszczyzny obrazu, bez stałego badania współzależności formy i koloru, trudnym staje się rozwiązanie przestrzeni trójwymiarowej”. Ale – dodawał w tym samym tekście: „Scenograf, chociaż z grubsza, powinien obznajomiony być z architekturą oraz posiadać wrażliwość muzyczną. Bez niej zadaniem nieosiągalnym staje się rytmizacja form przestrzennych, zwłaszcza gdy dochodzi do nich czwarty wymiar – czasu” [2]. Scenograf winien zatem – wyciągnijmy wniosek z tych słów – posiadać umiejętność komponowania przestrzeni scenicznej. Takie określenie – „kompozycja przestrzeni scenicznej” zamiast zwyczajowego wcześniej słowa „dekoracje” – bodaj po raz pierwszy w Polsce pojawiło się w roku 1924 na afiszach Teatru im. Wojciecha Bogusławskiego w Warszawie, który można uznać za miejsce dojrzałego debiutu scenograficznego Andrzeja i Zbigniewa Pronaszków, miejsce pełnej manifestacji ich awangardowej postawy artystycznej (z naciskiem na słowo „dojrzały”, bo obaj mieli już za sobą wiele projektów dekoracji teatralnych). Opowieść zimowa, Kniaź Patiomkin, Achilleis, Róża – zrealizowane w latach 1924–1926 we współpracy z Leonem Schillerem – przyniosły ze sobą prawdziwą wielką reformę dekoracji scenicznej w Polsce. Od tego czasu przestrzeń par excellence – nie płótno, deski czy gips – stała się materią scenografa. W Teatrze im. Bogusławskiego zrealizowany został po raz pierwszy pakiet ustaleń dotyczących rozumienia istoty nowoczesnego teatru, sformułowanych w rozmowach Schillera i Pronaszki toczonych jeszcze przed I wojną światową w Krakowie. Warto przytoczyć główne punkty tego sui generis porozumienia artystycznego (choć wcale wówczas nie spisanego, lecz odtwarzanego z pamięci po latach przez Andrzeja Pronaszkę), można je bowiem uznać za manifest lub deklarację, wytyczające kierunek reformy teatru i wzajemnej współpracy: „1. Nierozerwalna jedność formy i treści. 2. Nierozłączność i całkowita współzależność działań reżysera, plastyka i aktora. 3. Odrzucenie wszelkiej opisowości i zastąpienie jej przez dramatyczne, syntetyczne i syntoniczne kształtowanie form dekoracyjnych, postaci, gestu i akcji scenicznej. 4. Kostium, współtworząc postać sceniczną (wsparty o wiedzę kostiumologiczną), winien wypływać z fantazji plastyka, winien być rzeźbą («Lalki Bolesławowe»), rzeźbą elastyczną, ale określającą ściśle ramy ruchu i gestu aktora. 5. Światło skupia się głównie na postaciach aktorów, a źródłem jego są wyłącznie reflektory, które skreślając ze środków scenicznych światło ramp, zastępują w wielu wypadkach kurtynę. 6. Z akcją sceniczną wychodzi się na proscenium. 7. Postulatem ostatnim (dalszej przyszłości) jest połączenie w jedną całość sceny i widowni (postulat Mickiewiczowski), to znaczy – teatr jedności przestrzennej” [3]. Można powiedzieć – z pewną metaforyczną licencją – że na mocy tego porozumienia, kierując się wskazaniami Mickiewicza i Wyspiańskiego, Schiller z Pronaszką skonstruowali (bo to jest najwłaściwsze słowo) nowatorski styl nazwany polskim teatrem monumentalnym. Swą pełnię osiągnął on, jak wiadomo, w Dziadach realizowanych wspólnie czterokrotnie, w latach 1932–1937. Teatr monumentalny polegał przede wszystkim na takim organizowaniu przestrzeni, by to ona właśnie – trawestując Norwida – organizowała wyobraźnię publiczności. Andrzej Pronaszko ujmował to wprost, jako konieczność „wywołania u widza dramatycznego napięcia za pomocą wzajemnego ustosunkowania w przestrzeni teatralnej aktora, terenu akcji i form plastycznych pomagających z jednej strony do wyrażenia tego stosunku, z drugiej – do zaznaczenia charakteru miejsc akcji” [4]. Chodziło przede wszystkim o rozbicie sceny pudełkowej, otwarcie jej mikrokosmosu na makrokosmos świata zewnętrznego – czego najlepszym przykładem i symbolem zarazem mogą być słynne trzy krzyże, górujące nad wszystkim scenami Dziadów. Dzięki temu prostemu, a jakże genialnemu symbolowi przestrzennemu zademonstrowano jednolitość dramatu, a całej inscenizacji nadano syntetyczny i w pełni antyiluzjonistyczny charakter – a raczej styl.
„Czy w samej rzeczy epoka nasza zdobyć by się miała na swój własny styl w teatrze, na swój własny, różny od wszystkich dotychczasowych «teatr» [...]?” – pytał z powątpiewaniem w 1903 roku Stanisław Brzozowski w artykule Teatr współczesny i jego dążności rozwojowe [5]. Po trzydziestu latach Pronaszko z Schillerem znaleźli wreszcie twierdzącą odpowiedź i formę takiego stylu. Za jego przestrzenny wyróżnik można by uznać prosty z pozoru, a wówczas rewolucyjny – na miarę Jessnerowskich schodów w Wilhelmie Tellu w Berlinie w 1919 roku – wynalazek braci Pronaszków, zastosowany już w Opowieści zimowej i w Księciu Patiomkinie, a potem stosowany w różny sposób w większości inscenizacji: podest. „Podest – pisał historyk scenografii – jest tym dla aktora i dekoracji, czym piedestał, cokół dla rzeźby: wyodrębnieniem od świata, wyniesieniem” [6]. To pronaszkowski podest stworzył formę polskiego stylu monumentalnego. Dzięki układowi i przekształceniom podestów, dzięki możliwości zmian dało się całej scenie nadać dynamikę i wraz z aktorami wprawić ją w ruch. „Zadaniem teatru – jak rozumiał to Andrzej Pronaszko – nie jest odtwarzanie życia, ale chwytanie jego pędu, jego wołań, chwytanie i objawianie tej siły, która mu pęd nadaje” [7]. Takie zapatrywania pozwoliły Pronaszce – we współpracy z najbardziej twórczymi reżyserami w latach trzydziestych: z Leonem Schillerem, Wilamem Horzycą, Wacławem Radulskim, Edmundem Wiercińskim – zaproponować przestrzenną odpowiedź na Mickiewiczowskie postulaty „Cyrku Olimpijskiego” i wizje „Teatru Ogromnego” Wyspiańskiego, pozwoliły uscenicznić i unaocznić te jakoby niesceniczne fantazje. Rozmaitym próbom formowania przestrzeni w ramach stylu monumentalnego na scenach istniejących teatrów towarzyszyło u Pronaszki marzenie o zmianie totalnej. „Od początku moich prac scenograficznych męczyła mnie ciasnota sceny i odcięcie jej od widowni «teatru pudełkowego»” – pisał [8]. Już w 1928 roku, wspólnie z Szymonem Syrkusem, naszkicował projekt „teatru symultanicznego”, opartego na syntezie przestrzeni scenicznej i widowni, z ruchomymi pierścieniami sceny otaczającymi publiczność; innym jego wariantem był „teatr ruchomy”, z obrotową widownią. Nie udało się ich zrealizować, ale pozostały jako dowody nieustannej pracy – w praktyce i w teorii – nad ogarnięciem i wykorzystaniem wszystkich możliwości przestrzeni teatralnej. Współcześni artyści uciekający od sceny pudełkowej, a często uciekający w ogóle z gmachu teatralnego i na różne sposoby eksperymentujący z przestrzenią powinni pamiętać, że podążają cały czas tą samą drogą, którą wyznaczył już wiele lat temu Andrzej Pronaszko. Oraz o tym, że wszelkie reformy teatru zaczynać się muszą od przestrzeni.
1 Por. Andrzej Pronaszko, Mój życiorys artystyczny, „Pamiętnik Teatralny” 1964 z. 1–2, s. 35. 2 Ibidem, s. 34. 3 Andrzej Pronaszko, Fragmenty wspomnień o współpracy z Leonem Schillerem, „Pamiętnik Teatralny” 1955 z. 3– 4, s. 394. 4 Andrzej Pronaszko, Odrodzenie teatru, „Pamiętnik Teatralny” 1964 z. 1–2, s. 190. 5 Stanisław Brzozowski, Teatr współczesny i jego dążności rozwojowe [w:] Myśl teatralna Młodej Polski. Antologia, wybór Irena Sławińska, Stefan Kruk, Warszawa 1966, s. 80. 6 Zenobiusz Strzelecki, Polska plastyka teatralna, Warszawa 1963, s. 271. 7 Andrzej Pronaszko, O teatr przyszłości [w:] Polska myśl teatralna i filmowa. Antologia, red. Tadeusz Sivert , Roman Taborski, Warszawa 1971, s. 486. 8 Andrzej Pronaszko, Mój życiorys artystyczny, op. cit.
Fot. 1 Andrzej i Zbigniew Pronaszkowie, ok. 1925, własność: Biblioteka Jagiellońska Fot. 2 Andrzej i Zbigniew Pronaszkowie, Kniaź Potiomkin, 1925 Muz. Literatury w Pradze
Wystawę dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w ramach programu „Promocja Twórczości”
Muzeum Teatralne w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej składa podziękowania za wypożyczenie dzieł na wystawę: Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie Bibliotece Jagiellońskiej Instytutowi Teatralnemu im. Zbigniewa Raszewskiego w Warszawie Muzeum Historycznemu Miasta Krakowa Muzeum Narodowemu w Krakowie Muzeum Narodowemu w Warszawie Muzeum Plakatu w Wilanowie Muzeum Sztuki w Łodzi prof. ANNIE KULIGOWSKIEJ-KORZENIEWSKIEJ KRZYSZTOFOWI MUSIAŁOWI dr. JERZEMU TIMOSZEWICZOWI prof. ADAMOWI WSIOŁKOWSKIEMU

Serenissima Wojciecha Weissa. Krajobrazy Wenecji
Scenariusz wystawy: Zofia Weiss-Nowina Konopka Kurator wystawy: Katarzyna Wodarska-Ogidel Aranżacja plastyczna: Agnieszka Mikołajewska
Wojciech Weiss, jeden z najwybitniejszych malarzy okresu Młodej Polski i międzywojnia, jak żaden inny z jemu współczesnych, związany był z kulturą i krajobrazem Włoch. Jego twórczość, zwłaszcza ta dojrzała, została ukształtowana w znacznej mierze przez oddziaływanie sztuki włoskiej, a w szczególności malarstwa weneckiego. Po zakończeniu studiów w krakowskiej Szkole Sztuk Pięknych kształcił się przez rok w Paryżu, a w 1901 wyjechał do Florencji, a później Rzymu aby tam kontynuować naukę. Włochy towarzyszyły również późniejszym dekadom twórczości Wojciecha Weissa, przepajały ją swoistą barwą i świetlistością, uczyły postrzegania pleneru, jako żywego, nasyconego brzmieniem najczystszego koloru, obiektu artystycznej obserwacji. Wielcy mistrzowie malarstwa włoskiego, a przede wszystkim Tycjan, podpowiadali mu tajemnice kobiecego aktu i bogactwo zasad kompozycji. Kolejny pobyt Wojciecha Weissa we Włoszech przypada na rok 1913. W Wenecji, w której zatrzymuje się na dłużej wraz z żoną, powstaje wówczas cykl akwarel, nielicznych stosunkowo prac olejnych oraz niezwykle pięknych fotografii. W latach dwudziestych i trzydziestych artysta wielokrotnie powraca do Wenecji – miasta, którego atmosferę może chłonąć bez końca, czego wielokrotnie daje wyraz w swoich notatkach, wierszach i korespondencji. Malował tam bardzo dużo, olejem, jak również akwarelą, szkicowniki zapełniały się pięknymi studiami rysunkowymi, które później wykorzystywane były także do serii drzeworytów, litografii i monotypii. Towarzyszył mu też aparat fotograficzny, którym wykonał unikatową dokumentację na celuloidowych kliszach. Na wystawie Serenissima Wojciecha Weissa pokazujemy malarski plon weneckich pobytów, zarówno Wojciecha Weissa, jak i jego żony, Aneri Ireny Weissowej. Obrazy olejne, stanowiące najmocniejsze akordy kompozycyjne, odnajdują swoje echa w licznych akwarelach i rysunkach, monochromatycznych akcentów dodają brzmiące innymi tonacjami grafiki. Ekspozycję wzbogacają wykonane tą samą ręką archiwalne fotografie.
Zofia Weiss-Nowina Konopka Ze wstępu do katalogu wystawy Serenissima Wojciecha Weissa. Krajobrazy Wenecji
Wystawa została otwarta 14 czerwca 2011 r. w Małych Salach Muzeum Teatralnego w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej i będzie czynna do 5 lipca 2011 r. we wtorki, środy i czwartki w godzinach 10-14.30 (wejście od Wierzbowej) oraz na godzinę przed każdym spektaklem. Bilety w cenie 7 zł, 5 zł ulgowe. Dla widzów Teatru Wielkiego wstęp bezpłatny.
"PEŁNIĄCY OBOWIĄZKI..." Sokrates Starynkiewicz w Warszawie Wystawa zorganizowana we współpracy z Ambasadą Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego Gościnnie w Teatrze Wielkim 7 - 26 czerwca 2011 r. Pierwsza ekspozycja: 7 grudnia - 15 marca 2011 r. w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy przy ulicy Koszykowej 26
*****
Nigdy dla siebie niczego nie chciałem ... Sokrates Starynkiewicz, Dziennik
Jest w Warszawie plac S. Starynkiewicza - od 1893 r. Jest pomnik – od 1907 r. Jest wreszcie, na Cmentarzu Prawosławnym, grób generała, bo Sokrates Starynkiewicz (1820-1902), przybyły do Warszawy 1 grudnia 1875 r. w celu sprawowania obowiązków prezydenta Warszawy, został tu na zawsze. Emerytowany rosyjski generał, reprezentant zaborczej władzy, pełnił funkcję gospodarza miasta w okresie szczególnie ciężkim dla Polaków, objętych wzmożonymi represjami po Powstaniu Styczniowym, w konsekwencji niezwykle też trudnym dla samorządu miejskiego, ograniczonego od 1870 r. w swych kompetencjach do roli niemal zarządzającego urządzeniami komunalnymi. Mimo to zasłużył się Warszawie w sposób wyjątkowy. W ciągu 17 lat sprawowania urzędu zdołał, dzięki niezwykłej pracowitości, przeprowadzić gruntowne zmiany w infrastrukturze miasta. Zainicjował i rozpoczął trwającą do połowy lat 30. XX w. budowę nowoczesnego systemu wodociągów i kanalizacji. Podjął walkę o stan sanitarny miasta (m.in. założenie szpitala zakaźnego zw. „zapasowym”, próba modernizacji targowisk i kontroli mięsa). Przeprowadził dwa spisy ludności Warszawy, uruchomił sieć tramwajów konnych, renegocjował na korzystniejszych dla miasta warunkach kontrakt z monopolistycznym Towarzystwem Dessausowskim, dzięki czemu ulepszono gazowe oświetlenie uliczne. Poczynił zmiany urbanistyczne (m.in. rozszerzenie ulicy Trębackiej dla linii tramwajów konnych, przebicie fragmentu zabudowy Krakowskiego Przedmieścia w kierunku ul. Miodowej) i terytorialne (przyłączenie do miasta Szmulowizny, Nowej Pragi fragmentu Targówka). W warunkach ograniczonej przez podwójny pierścień fortów powierzchni miasta zwiększył ilość zieleni miejskiej kurczącej się gwałtownie w wyniku boomu budowlanego lat 70. Warszawianie zapamiętali jego skrupulatną uczciwość dotyczącą finansów publicznych i czujność w kwestii pomocy potrzebującym, wyrażoną instytucjonalnie (założenie Towarzystwa Niesienia Pomocy Rozbitkom, członkostwo w Warszawskim Towarzystwie Dobroczynności), czy nieustanna pomoc potrzebującym wsparcia pracownikom Magistratu, także ich rodzinom. Wyjątkowe było również jego poszanowanie religii, pamiątek kultury polskiej (dofinansowanie remontu katedry św. Jana i kościoła św. Anny, członkostwo w Komitecie Budowy Kościoła Wszystkich Świętych, wspieranie remontu Kolumny Zygmunta, stanowisko wobec polskiego napisu na pomniku Adama Mickiewicza).
W 190. rocznicę urodzin S. Starynkiewicza, Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego zorganizowała wystawę i sesję varsavianistyczną, przypominające dokonania i sylwetkę jednego z najlepszych obok Stefana Starzyńskiego, „kto wie czy nie najlepszego” z dotychczasowych prezydentów Warszawy. W ekspozycji w Bibliotece Publicznej m.st. Warszawy przy ul. Koszykowej 26 (7 grudnia 2010 – 15 marca 2011 r.), przygotowanej we współpracy z Ambasadą Federacji Rosyjskiej w Polsce, wykorzystano kopie polskich i rosyjskich dokumentów archiwalnych oraz publicystykę (także fragmenty tekstów samego S. Starynkiewicza) i ikonografię z okresu jego prezydentury. Szczególnym źródłem były obficie cytowane na wystawie fragmenty Dziennika S. Starynkiewicza, opublikowanego w 2005 r. przez Muzeum Historyczne m.st. Warszawy, a także fragmenty wspomnień, i fotografie rodzinne udostępnione przez prawnuczkę Starynkiewicza, wnuczkę Dymitra, Evgeniję Halezovą, mieszkankę Moskwy. Fotografie przedstawiały syna Sokratesa Starynkiewicza, Dymitra i jego rodzinę. Zamieszczono je w katalogu wystawy. Dokumenty archiwalne związane z genealogią rodu Starynkiewiczów, karierą wojskową Sokratesa Starynkiewicza i jego prezydenturą w Warszawie, pochodziły z Rosyjskiego Państwowego Archiwum Wojenno-Historycznego w Moskwie, Państwowego Archiwum Federacji Rosyjskiej, Rosyjskiego Państwowego Archiwum Historycznego w Sankt-Petersburgu. Muzeum Historyczne m.st. Warszawy udostępniło też pozyskane wcześniej kopie dokumentów z Rosyjskiego Państwowego Archiwum Historycznego w Sankt Petersburgu, które zawierają m.in. herb Iwana A. Starynkiewicza, ojca Sokratesa, plan przebudowy Teatru Wielkiego (1888). Z Archiwum Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy włączony został dokument z autografem S. Starynkiewicza, dotyczący zgody prezydenta na nieodpłatne użytkowanie jednej z sal Ratusza na odczyty Sekcji Czytelń Warszawskiego Towarzystwa Dobroczynności. Z zasobu Działu Starych Druków i Rękopisów Biblioteki pokazano rękopisy sojuszników i adwersarzy prezydenta oraz Dziennik Posiedzeń Komitetu Budowy Wodociągów i Kanalizacji.
3 lipca minie 125. rocznica uruchomienia Filtrów Lindleyowskich, dzieła któremu Sokrates Starynkiewicz poświęcił cały okres urzędowania w warszawskim Ratuszu i lata późniejsze. Reedycją wystawy przy placu Teatralnym, w gmachu Teatru Wielkiego, sąsiadującego z siedzibą władz miejskich, czyli centrum ówczesnego życia kulturalnego i administracyjnego miasta, pragniemy przypomnieć Warszawianom raz jeszcze o dokonaniach Sąsiada Teatru w latach 1875-1892 i jego stałego Bywalca. **** „Pełniący Obowiązki ...” Sokrates Starynkiewicz w Warszawie Wystawa w Teatrze Wielkim 7 – 26 czerwca 2011 r.
Organizatorzy: Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy, Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego przy współpracy z Ambasadą Federacji Rosyjskiej w Rzeczypospolitej Polskiej; współorganizator dla edycji gościnnej – Teatr Wielki - Opera Narodowa Opracowanie merytoryczne: Dział Varsavianów Biblioteki pod kierunkiem Joanny Jaszek Bieleckiej Opracowanie plastyczne: Ewa Jakubowska-Gordon Współaranżer ekspozycji w Teatrze Wielkim: Krzysztof Frey
Wystawa czynna w hallu kasowym Teatru Wielkiego Pn-pt w godz. 10-19, sob. w godz. 11-19 Wstęp wolny
* Ekspozycja w Teatrze Wielkim (7 – 26 czerwca ) prezentuje kopie wyłącznie tych archiwaliów, które znalazły się na planszach.
Muzeum Teatralne uprzejmie informuje, że 18 maja 2011 roku otwarta została nowa wystawa w Salach Redutowych:
Pokazane są prace m.in.: Jerzego Dudy-Gracza, Antoniego Fałata, Wiktora Zina, Franciszka Starowieyskiego, Zuzy Zejdy.
Komisarze wystawy: Magdalena Cybulska i Zuzanna Lewandowska Nadzór kuratorski: Krzysztof Frey Wystawa czynna od 18 maja do 5 lipca 2011 r. na godzinę przed spektaklem i w antraktach, tudzież we wtorki, środy i czwartki od 10 do 14, ale po uprzednim zaanonsowaniu telefonicznym 22 6920211. Wejście na wystawę jest bezpłatne.
Fot. od prawej: Prof. Stanisław Baj, Laura Wasilewska, Krzysztof Frey na tle dzieł Stanisława Baja.

ARS LONGA (Wstęp do katalogu wystawy)
Po raz drugi w szacownych murach, dzięki wielkiej życzliwości Dyrektora Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, Pana Waldemara Dąbrowskiego – odbędzie się wystawa Ars Longa. Pierwsza miała miejsce przed siedmioma laty, w 2004 roku. Wystawiający prace, to obecni i niestety, nieżyjący już artyści, jak: Franciszek Starowieyski, Zbysław Marek Maciejewski, Wiktor Zin, Jerzy Grabowski, Jerzy Duda-Gracz oraz absolwenci Europejskiej Akademii Sztuk, którzy, jak: Iwona Cur, Aneta Jaźwińska i Magdalena Cybulska, są teraz wykładowcami. Znaczące i wyróżniające moją uczelnię jest to, że jako rektor świadomy mijających mód w sztuce, znając kapryśność marszandów i trzymanych przez nich na krótkiej smyczy krytyków sztuki, proponowałem pracę na uczelni wybitnym artystom, odpornym na „artystyczne wstrząsy”. Od wieków w sztuce europejskiej liczył się indywidualizm – w myśleniu, w stylu i w realizacji artystycznej. Opuszczający uczelnię, absolwenci reprezentują szczerą i samodzielną twórczość, bo wynika ona z indywidualnego postrzegania świata i jego artystycznego opisu. Sztuka bowiem, obok nauki i religii, jest sposobem opisywania świata, dokumentuje, a nie ilustruje. Jednocześnie tworzy świat sztuki. A do tworzenia potrzebne są – zaduma i pokora, które nam współczesnym wydają się być tak bardzo de mode. Wystawa Ars Longa otwiera obchody dwudziestolecia Europejskiej Akademii Sztuk. Dedykuję ją pamięci zmarłych artystów – profesorów uczelni. Pragnę serdecznie podziękować Panu Waldemarowi Dąbrowskiemu – Dyrektorowi Teatru Wielkiego – Opery Narodowej, oddanemu miłośnikowi i mecenasowi sztuk wszelakich za życzliwe użyczenie wspaniałych wnętrz Sal Redutowych. Dziękuję Panom – dr Andrzejowi Kruczyńskiemu, kierownikowi Muzeum Teatralnego i kustoszowi Krzysztofowi Freyowi. Wystawa Ars Longa - jawi się jako uwertura do polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. To wydarzenie Opera Narodowa uczci premierą opery Króla Rogera Karola Szymanowskiego, 1 lipca 2011 roku.
Antoni Fałat
Fot. Laura Wasilewska
OPERA I BALET - Międzynarodowa wystawa rysunku satyrycznego i karykatury
Wystawa pod patronatem dyrektora naczelnego Teatru Wielkiego - Opery Narodowej Waldemara Dąbrowskiego Organizatorzy: Stowarzyszenie Polskich Artystów Karykatury, Teatr Wielki - Opera Narodowa Kierownictwo artystyczne: Witold Mysyrowicz Kurator konkursu i wystawy: Jacek Frankowski Współpracownik plastyczny wystawy: Krzysztof Frey Wystawa czynna: maj / czerwiec 2011 roku, przed przedstawieniami i podczas antraktów
***
Każdy gatunek teatru - ze swej definicji - operuje skrótem, syntezą, znakiem i symbolem sytuacji, postaci, kodów rzeczywistości, czyli de facto fikcji. Jest wyborem z jednej, rezygnacją - z drugiej strony. Teatr muzyczny jest dodatkowo efektem kompromisu miedzy językiem słowa - librettem a językiem muzyki - partyturą. Delikatnej równowagi, często z przewagą muzyki... Im równowagi mniej - tym bardziej widoczna staje się karykaturalność operowej fikcji. Wyolbrzymionym symbolem tego, co wybrane, wyjątkowe jest również karykatura - jako znak graficzny, signum, emblemat... Zatem karykatury dziś pokazywane są uogólnieniem uogólnienia, esencją kwintesencji, konstrukcją komiczną wynikająca z próby syntezy nie zawsze komicznej operowej formy. Ale może dlatego właśnie tak zaciekawiają i bawią... Waldemar Dąbrowski
14 kwietnia 2011 roku w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie nastąpiło otwarcie wystawy pt. Gabriela Zapolska. Zbuntowany talent zorganizowanej we współpracy Muzeum Literatury z Muzeum Teatralnym w Warszawie. Wystawie towarzyszy album pod redakcją Moniki Chudzikowskiej przygotowany przez Muzeum Teatralne.
Wystawa trwać będzie do 17 lipca br.
Tadeusz Boy-Żeleński zapewne przesadził, pisząc w kurtuazyjnej recenzji, że Zapolska była od czasów Sofoklesa jedynym w dziejach ludzkości kobiecym talentem dramatycznym w wielkim stylu. W Polsce na pewno tak. W repertuarach teatrów dramatycznych zajmuje niezmiennie jedno z czołowych miejsc obok Słowackiego, Wyspiańskiego czy Fredry. To co dziś interesuje nas najbardziej, to jej niepowtarzalny styl pisania dla teatru i uprawiania teatru, ale także cygański styl życia osoby wykluczonej ze swojej ziemiańskiej sfery, żyjącej „na własną rękę” dzięki niepospolitemu talentowi i równie niepospolitej ambicji. Zapolska w okresie przełomu modernistycznego, czasu ścierania się wielu mód artystycznych i ideowych tendencji, tworzy swój własny teatr krytyczno-diagnostyczny kipiący satyryczną pasją bezwzględną dla tzw. cnót i moralności mieszczańskiej. Nie interesuje ją tragizm egzystencji ludzkiej, mistycyzujący symbolizm, mitologia narodowa, ale zwyczajne ludzkie sprawy dziejące się tu i teraz. Skupia się na wszelkiego rodzaju uwikłaniach, zniewoleniach, zawłaszczeniach. Jest wyczulona na ludzkie nieprawości. Docieka ich źródeł indywidualnych i społecznych. Jako prawdziwa naturalistka jest mistrzynią w demaskowaniu pozorów i zrywaniu masek, które kryją istotę zła immanentnie tkwiącego w ludzkiej naturze. Ale zauważmy, jak atrakcyjnie potrafi to czynić. Nużąca powaga i ponurość postaci i obrazów, którą tak często obserwujemy w dramaturgii naturalistów, została przełamana u Zapolskiej sarkazmem, karykaturą, komizmem sytuacji teatralnych, a nawet wręcz farsowymi pomysłami, jak w przypadku postaci Felicjana Dulskiego. Szczególną cechą pisarstwa Gabrieli Zapolskiej było paradoksalne połączenie schematów melodramatycznych, królujących wówczas w teatrach ogródkowych, z ostrą satyryczną drapieżnością. Świetnie znała teatr i rządzące nim prawa. Przez dużą część swego życia uprawiała wszak zawód aktorki, w Polsce, a także we Francji, w Paryżu. Wrodzony zmysł dramaturgiczny połączył się więc szczęśliwie w jej przypadku z rzadkim wyczuciem teatralnego efektu. Zapolska posiadała niezwykłą łatwość pisania dialogów, konstruowania z nich żywych scen, kreowania niebanalnych „prawdziwych” postaci, które znakomicie osadzała, z socjologicznym zacięciem, we właściwych dla nich środowiskach. Któż nie zna Żabusi, rodziny Dulskich, Dauma i panny Maliczewskiej? Postaci te egzystują wciąż w naszej zbiorowej wyobraźni. Gdyby Zapolska żyła dziś, byłaby na pewno niezastąpioną scenarzystką serialową i filmową. Warto może jeszcze zwrócić uwagę i na to, że Zapolska była jedną z pierwszych w Polsce przedstawicielek tzw. kobiecego pisarstwa. Podjęła znaczące próby ukazania inności przeżywania świata przez kobiety. Tu zwłaszcza godne uwagi jest jej studium Ona z 1890 roku. Można by więc powiedzieć, że była, jako feministka, pionierką znaczącego nurtu współczesnej literatury i zainteresowań badawczych nowoczesnej humanistyki. Sztuk Zapolskiej nie trzeba dziś publiczności polskiej przypominać, gdyż są wciąż teatralnie żywe. Warto natomiast przypomnieć jej świetną prozę, w poważnej mierze już zapomnianą, jej znakomite listy, a także samą postać zbuntowanej cyganki – jej życie teatrem i w teatrze. Wierzę, że poświęcony jej obecnie album, a także wystawa zrealizowana siłami Muzeum Literatury i Muzeum Teatralnego przyczynią się do obudzenia nowej ciekawości dla życia i dzieła Gabrieli Zapolskiej.
Waldemar Dąbrowski
12 kwietnia - 26 maja 2011 r.
Foyer Główne, Teatr Wielki - Opera Narodowa
Andrzej Kreutz Majewski (1936-2011) W drodze ku teatrowi autorskiemu
W Teatrze Wielkim - Operze Narodowej przez ostatnie dziesięciolecia zmieniali się często dyrektorzy artystyczni, dyrygenci, reżyserzy, soliści, zmieniały się estetyczne prądy, ale przez ponad czterdzieści lat stale obecny tu był jeden wielki artysta-scenograf, Andrzej Kreutz Majewski, przez swoje dokonania decydujący o randze wizualnego oblicza narodowej sceny operowej. Światowej sławy scenograf, zaliczany – obok Josefa Svobody – do światowej czołówki plastycznych inscenizatorów teatru muzycznego drugiej połowy XX wieku, był artystą wszechstronnym: malarzem, reżyserem, poetą i pedagogiem. Myślenie symboliczne cechuje całą jego twórczość. Te same tematy, motywy plastyczne, znaki symboliczne przewijają się w malarstwie, projektach scenograficznych, poetyckich obrazach dramatu, jak też w Dzienniku. Jako scenograf debiutował pracą dyplomową – Horsztyńskim Juliusza Słowackiego (reż. B. Dąbrowski) w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie w 1959 roku. Równolegle do pracy w teatrach dramatycznych podjął Majewski współpracę z teatrami muzycznymi. A muzyka była jego żywiołem. Wkrótce Bohdan Wodiczko reformujący warszawską scenę operową zaprosił do współpracy Majewskiego; w 1962 roku zaprojektował on scenografię do słynnych, nowatorskich wieczorów baletowych. Były wśród nich: Judith Honeggera, Święto wiosny, Pietruszka, Orfeusz Strawińskiego. Nominowany w roku 1966 na naczelnego scenografa Teatru Wielkiego współtworzył oblicze artystyczne tej sceny do przejścia na emeryturę (2005) i przekazania stanowiska swemu ukochanemu uczniowi, Borysowi Kudličce. Z początkiem lat siedemdziesiątych zarysowała się wyraźna linia jego działań uniwersalizujących dramat przez ahistoryczność obrazu i mocną ekspresywność w metaforycznych obrazach uzyskiwaną dzięki stosowaniu bardzo różnych technik i materiałów, często poddawanych destrukcji oraz tworzeniu nowych struktur, m.in. dzięki nowej, odkrywczej wówczas technologii. Po raz pierwszy zastosował, opartą na wynalazkach chemii, technikę tworzenia ekspansywnej faktury dekoracji w Salome R. Straussa (reż. A. Everding, Covent Garden w Londynie 1970). Łącząc dwa komponenty uzyskał płynącą plastykową lawę, szumiącą i zastygającą prędko w szerokich strugach. W gorącej masie zatapiał fragmenty opalizujących szkieł, folii, naczyń z kolorowych metali, kłębów szklanej waty oraz odlanych w żywicy chemicznej form biologicznych i geometrycznych. Nad piętrami falistych tarasów bogatych w relief jak „świątynia w Elefancie” i nasyconych kolorem jak emalie z Limoges, na tle czarnego, głuchego nieba zawieszony był księżyc, ogromny i ciężki, zrobiony z tej samej materii co ziemia. Symbolizował, oczywiście, ciemną stronę charakteru Salome. Zmienna projekcja światła nadawała mu różny wyraz w miarę rozwoju dramatu. Namiętności i kaprysy Salome falowały wraz z rytmem zmian kwadr tego księżyca. Zespoły tarasów tworzyły krater, który nakryty był żelazną kratą. W lochu-kraterze zamknięty był Johanaan. Na tej kracie, gdy otwierała się do pionowej pozycji, tkwiła rozpięta jak ogromny pająk prawie naga Salome. Słynny taniec siedmiu zasłon wykonywała Grace Bumbry z wyrafinowaniem Idy Rubinstein i obscenicznie jak tancerki z Reeperbahn, na zamkniętej pokrywie tańcząc przed Herodem, ale dla uwięzionego pod jej stopami profety. Podobnie uniwersalną, metaforyczną przestrzeń stworzył w inscenizacjach Elektry Straussa. W pierwszej wersji, warszawskiej (Teatr Wielki 1971), w reżyserii Aleksandra Bardiniego, zamiast kurtyny użył Majewski olbrzymiego, złocistego reliefu, który pękając nieregularnie w poprzek, odsłaniał wnętrze groty – amfiteatru. Z zielonkawych mroków przeciętych krwawą rysą horyzontu wyłaniały się złociste masywy zwalisk kryte reliefem. Skorodowane zwaliska ślimacznic, fragmenty olbrzymich pancerzy, skrzydeł przywodziły na myśl złota scytyjskie, płaskorzeźby z Nimrud, Sagrada Familia Gaudiego. Majewski wspominał „wywrócony dnem do góry teatr z Epidauros” jako ideę na dramaturgię plastyczną przedstawienia. Recenzenci pisali o „scenie rozmigotanej, pełnej złota i przepychu, wabiącej dziesiątkami różnych elementów”, i „wielkim rumowisku starożytności”. Wygląd sceny w Elektrze sprawiał wrażenie „fantazyjnych wykopalisk ze snu archeologa”. Zwaliska masywu, które w warszawskim Teatrze Wielkim tworzyły gigantyczny amfiteatr, w przedstawieniach reżyserowanych przez Everdinga w Hamburgu (Staatsoper1973) i Paryżu (Théâtre National de l’Opera 1974) formowały olbrzymią konstrukcję przywodzącą na myśl kopiec termitów, Titanica czy rozświetlone wieżowce Manhattanu. Dekoracja przywoływała różnorodne historycznie skojarzenia, różne konteksty. „Z przodu silna swoją symboliką, wznosi się pochylona wieża pałacu Attydów, naznaczona rozdarciem i nieszczęściem jego mieszkańców. Na ścianie wisi czerwony kilim, na nim chropowate symbole archaicznych kultów (to właśnie ten kilim, triumfalnie rozwinie Elektra w finałowej scenie). Piskliwe służące, niczym sępy trzepoczące skrzydłami nad rozkładającą się padliną, usiłują z niego zmyć krew Agamemnona. W głębi widoczny zamek z rozświetlonymi otworami niczym surrealna wizja fantastycznego parowego okrętu: pałac królewski w mglistych półcieniach niczym więzienny statek. Ściany bogato zdobione ornamentami i symbolicznymi figurami jakby z koralu. Ciemna, duszna, pełna napięcia atmosfera.” – pisał recenzent „Opern Welt”. Ruiny, zabytki architektury, ich fragmenty: bramy, wieże, portale, struktury architektoniczno-wulkaniczne, ze swoimi wielorakimi odniesieniami symbolicznymi stale obecne są w sztuce Majewskiego. Zafascynowany był nie tylko sztuką starożytnej Grecji i Rzymu, renesansu, baroku, romantyzmu i secesji, ale też starożytnego Bliskiego i Dalekiego Wschodu: Egiptu, Syrii, Jordanii, Libii, Izraela, Turcji, Chin i Indii. Do studiów nad tymi kulturami skłaniały go również często tematy realizowanych dzieł. Był niedoścignionym erudytą w tej dziedzinie. Znał świetnie kulturę antyczną i często się do niej odwoływał. Podobnie jak Piranesi czy Böcklin, przenosił dawny kod znaczeniowy architektury w nowej aurze, poszukując współczesnego wyrazu krajobrazu, pełnego refleksji czy niepokoju. Jego świat przesiąknięty jest historią, tradycją, dawną kulturą. Pisał w Dzienniku (18 XII 1984): „Czy te wszystkie szczątki i ruiny: Baalbek, Angkor, Karnak, Theotihuacán, Nimrud nie objawiają oblicza bóstwa dawno już umarłego lub też nieskończenie obojętnego? A może, gdy runęły stropy i ołtarze, i gdy wyschły studnie, ziemia, pozdziemia i niebo stały mu się nienawistne i wyniósł się gdzieś tam dalej... tam, gdzie myślami nie sięgamy....” Andrzej Majewski był świadomym kontynuatorem tradycji polskiego teatru monumentalnego wywiedzionego z idei Mickiewicza i Wyspiańskiego. Wierzył w sztukę wielkich konfliktów, dramatów rozpostartych między niebem a ziemią, sacrum i profanum. Z niechęcią odwracał się od dramatu naturalistycznego, czczej gadaniny, psychologizowania, spraw przyziemnych, choć czasem musiał się z takim repertuarem zmierzać. Zawsze jednak, po swojemu, odrealniał, upoetyczniał ten świat – metaforyzował. Nawet Śmierć Tariełkina Suchowo-Kobylina i Moralność pani Dulskiej Zapolskiej! Widza znającego rozedrganą emocjonalnie i znaczeniowo, symboliczno-metaforyczną twórczość Andrzeja Majewskiego, zaszokować mógł pierwszy obraz Peleasa i Melisandy Debussy’ego wg Maeterlincka w Bonn (reż. Jean-Claude Riber, Opernhaus 1991). U Maeterlincka dramat miłości wzbronionej rodzi się wbrew woli bohaterów i prawie nie znajduje form uzewnętrznienia. Właśnie to, co ukryte, to co pozostawało domyślności widza fascynowało Debussy’ego. To sugerowała muzyka. Tymczasem przód sceny aż po widownię zamieniono w staw zarośnięty liliami i sitowiem. Precyzyjnie wykonano rośliny, drżały liście, kwiaty kołysały się na prawdziwej wodzie... Ale realistyczny obraz wody i szuwarów wkrótce przenosił nas w strefę symboliki śmierci. Wyłaniający się z mgieł mrocznej sceny pałacowy most wpasowany był między graniastosłupowe kolumny z pleksiglasu, w których – niczym w lodzie – zakrzepły cztery drzewa. Podświetlone od dołu, zamknięte w zimnej formie rachityczne szkielety drzew niepokoiły wieloznacznością. Były symbolem skażenia śmiercią, znakiem ograniczenia, skrępowania naturalnego rozwoju, czy też sugestią, że wszystko – nawet przedmioty martwe – żyją własnym, wewnętrznym życiem? W jednej z kolejnych scen w kolumnach tych drżały grafitowe płomienie z cienkiej folii. To symbol wewnętrznego spalania się czy ofiary bohaterów? Pozorny weryzm pierwszej sceny okazywał się wielkim symbolem. Już zatopione w wodzie lilie naprowadzić powinny widza na trop symbolicznego znaczenia tych kwiatów - niewinności (Melisandę traktuję jako uosobienie miłości czystej.) Jej spojrzenie w zwierciadło wody sugerowało spotkanie z podświadomością, siłami irracjonalnymi. Nad sceną, jak niebo, rozpostarł scenograf aksamitne skrzydło „nietoperza” – symbol rodzących się zakazanych uczuć i myśli. Za sadzawką i zamkiem, u Maeterlincka, rozpościera się morze – wielki żywioł. Plastyka Majewskiego przywoływała i animowała potęgę żywiołów. Czymże jest wola i rozum wobec siły miłości, żywiołu natury i przeznaczenia? Wydaje się, że to pytanie w różnych wariantach i kontekstach cały czas zadawał sobie artysta. Do repertuaru znaków symbolicznych osadzonych w różnych kontekstach kulturowych coraz częściej wprowadzał Majewski w latach dziewięćdziesiątych symbole natury, prasymbole. Woda, ogień, ziemia, powietrze – symbole fundamentalnego porządku wprowadzały zrozumienie zależności zachodzących w – nie zawsze dającym się przeniknąć rozumem – porządku. Prasymbole dążą do uniwersalizacji. Ale owe uniwersalne symbole są również bardzo wieloznaczne. Ileż różnych znaczeń wody, ognia, księżyca, koła czy trójkąta możemy się doszukać? A jednak symbol Majewskiego naprowadza nas na trop przez wyraz ekspresyjny obrazu i kontekst wielopiętrowo ułożonych znaków. Drzewo w swoim podstawowym znaczeniu jest symbolem życia człowieka. Biało-srebrzyste, bezlistne drzewa Majewskiego z rozgałęzieniem przypominającym układ krwionośny czy nerwowy zajmowały centralną pozycję w wielu realizacjach. W Normie Belliniego (Teatr Wielki, Warszawa 1992) scenografię tworzył jakby odrealniony święty dąb Druidów. Jego potężne konary rozpierały firmament. Był kolumną wspierającą jego strop. Podświetlany, mieniący się barwami dnia i nocy dąb o kielichowato wznoszącej się ku niebu koronie, podobny był do gigantycznego pucharu. W finale przemieniał się w stos, w którym płonęli kochankowie – Polion i kapłanka Norma. Kontrapunktem do drzewa był ogromny kadr z krateru rzymskiego cyrku. Gra tych elementów – były bowiem ruchome – komponowała coraz to nowe obrazy dla akcji. W Raju utraconym Pendereckiego (reż. M. Weiss-Grzesiński, Teatr Wielki, Warszawa 1993) drzewo wiadomości Złego i Dobrego o niepokojącym, dystrybutywnym rozgałęzieniu miało w sobie coś z błyskawicy. A przecież w kształcie tym objawia się – obejmujące wszystkie dziedziny życia – strukturalne prawo związane ze wzrostem i rozwojem we wszystkich stadiach, aż do przemijania i śmierci. Majewskiego pociągał teatr prawdziwie wielkich namiętności: pożądań, miłości i zemsty, okrutnej zbrodni, tragicznego fatum. Opery Richarda Straussa, Szymanowskiego, Verdiego, układają się w wielkie ciągi tytułów. Do niektórych powracał po latach. Tak było między innymi z Salome. W zupełnie innej inscenizacji zrealizował ją z Markiem Weiss-Grzesińskim w Teatrze Wielkim (1993). W przedstawieniu odwrócono, naturalny poniekąd, porządek przestrzenny. Całą akcję rozegrano na proscenium zabudowanym przez Majewskiego lśniąco białymi tarasami, ogromnymi, tajemniczymi białymi muszlami, tryskającymi strumieniami wody fontannami. Zaś orkiestrę z dyrygentem wyprowadzono z kanału i umieszczono w głębi sceny na tle rozgwieżdżonego nieboskłonu. Horyzont był kosmosem, na którym widoczny kadr fosforyzującej, porowatej powierzchni księżyca jak fatum wisiał nad uczynkami protagonistów. Woda przelewająca się ze spiętrzonych w kaskady basenów zmieniała swój kolor, gdy Salome obmywała ręce skalane krwią Proroka i po raz drugi, gdy jej własna krew mieszała się z krwią Johanaana. W zamyśle scenografa stal, szkło, skażona i chora natura, jej martwe szczątki były nietrwałym, sztucznym miazmatem. Woda zaś – w jej rytualnym, oczyszczającym sensie – i jej skalanie stanowiły oś dramaturgii. Ubranie Salome w piękną suknię ograniczającą jej ruchy nie było jedynie estetyczno-teatralną zabawą. Ta suknia narzucała gesty i zachowania, podobnie jak mundur wojskowy narzucał dryl, krępował. Herod miotał się przecież między uległością wobec Herodiady a pożądaniem Salome. Ona zaś, oszołomiona, chciała mieć Johanaana, żywego bądź martwego, mimo grożącej jej śmierci. Być może, ważniejsza była chęć zerwania z pozorami, możliwość zrealizowania najbardziej skrywanych dążeń i pragnień. W tak odczytanym dramacie również prorok Johanaan nabierał innego znaczenia, utożsamiał ponadczasowe wartości i normy moralne. Uosabiał głos sumienia, który każdy chce w sobie zabić. (Może dlatego wszyscy zgadzają się na śmierć Proroka.) Uwolniwszy tę postać od jednoznacznych religijnych konotacji inscenizatorzy zadawali pytanie o granice bezkarnego przekraczania norm moralnych. Kilkuletnia w latach siedemdziesiątych współpraca z Kazimierzem Dejmkiem wiązała się z podejmowaniem tematów z kręgu kultury chrześcijańskiej – misterium pasyjnego, moralitetu, wątku męczeństwa i ofiary, zagrożenia śmiercią – apokalipsą. Ostatnia z nim inscenizacja podejmująca tę problematykę – Diabły z Loudun w Teatrze Wielkim w Warszawie (1975) mocno związała Majewskiego z twórczością Krzysztofa Pendereckiego. Zrealizował później w Teatrze Wielkim jego Pasję, Czarną maskę (reż. Albert Lheureux, 1988) i z Markiem Grzesińskim Raj utracony (1993). Po zrealizowaniu wielu inscenizacji plastycznych we współpracy z różnymi reżyserami, pod koniec lat siedemdziesiątych dojrzał do samodzielnej – Pasji wg św. Łukasza Krzysztofa Pendereckiego (1979), a potem Króla Rogera Karola Szymanowskiego (1983) w warszawskim Teatrze Wielkim. Niewątpliwie wybór autorów i tytułów wynikał z potrzeby „wyrzucenia z siebie” skumulowanych emocji; samodzielnego podzielnia się refleksjami wynikającymi z intymnego kontaktu z tymi dziełami. Od La Passione do Pasji wiodła droga Andrzeja Majewskiego do teatru autorskiego. Dla zrozumienia jego wizji teatru niezwykle ważna zdaje się być ta pierwsza samodzielna realizacja. Nasilające się coraz bardziej dążenie do uniwersalizacji doprowadziło w Pasji do dramatu czystej idei. Głównym motywem architektury sceny był srebrny podest dla chóru w kształcie krzyża wynurzającego się z zapadni. Ów krzyż, nieustannie zmieniający swój wygląd pod wpływem projekcji i gry świateł, prowadził akcję plastyczną opartą na zmienności obrazów między nimi. Scenę dopełniały wyłaniające się z mroku grupy ludzkich odlewów gipsowych. Ostre błyski białych reflektorów wydobywały kontury ludzkich postaci. Scena zmieniała się w dramatyczne environment. W drugiej części wielki srebrzysty krzyż gasł, a nad sceną pojawiało się jego lustrzane odbicie skomponowane z odprysków ciał. W finale, w smudze ostrego światła, pozostawało jedynie umęczone ciało Chrystusa. Następowała transformacja fizycznego, jednostkowego cierpienia w ideę. U podstaw tak rozumianego dramatu legło przekonanie, że z wielkich idei rodzi się męczeństwo, a ono z kolei rodzi wielkie idee. Przedstawienie Pasji było wielkim misterium, w którym gra świateł i ruchu formowała sceniczną wersję dramatu. Przed samodzielną realizacją Króla Rogera w Teatrze Wielkim Majewski projektował scenografię do tej opery Szymanowskiego jako „rzecz o wierności sobie” w Buenos Aires (1981). Dekorację tworzyły dwa segmenty amfiteatru. Podesty różnicował kolor – czerń i biel. U ich zewnętrznych krańców – oddzielone całą szerokością sceny – stały trony Rogera i Roksany. Daleko im było do siebie dosłownie i w przenośni. W warszawskiej inscenizacji Majewski zlikwidował ten podział sceny – znak konfliktu sprzecznych idei, pragnień i dążeń. W jednej przestrzeni rozstawił załomy schodów, trony królewskie, puste portale, tlące się kadzielnice. W drugim akcie dał w tle zarysy klasycystycznego pejzażu wśród resztek białych kolumn, pałacu i kaplicy. W trzecim – pełznące górą kłęby chmur. Symbolika pejzażu bliska malarstwu Böcklina przywoływała skojarzenia z Wyspą umarłych, oddawała dramat osamotnienia w przestrzeni wyizolowanej, owianej mgłą melancholii. Żywe niegdyś idee, myśli i uczucia – święte i grzeszne – które wywoływały dramaty wewnętrzne jednostek i narodów, odpływały w otchłań nicości. Nad białymi ruinami, zielonymi cyprysami pełzły chmury. W finale, w ciemnym płacie nieba, pojawiał się jakby zarys postaci Chrystusa – przebłysk nadziei. Inscenizacja Króla Rogera niosła refleksję o kondycji człowieka w kontekście przemian w czasie. Ostatnią, niestety niedokończoną, inscenizacją Andrzeja Kreutz Majewskiego była Turandot Pucciniego, przygotowywana dla Teatru Wielkiego w Łodzi. Pracował nad nią przez ostatnie trzy lata swojego życia – miała być jego ostatecznym podsumowaniem, wyznaniem wiary i estetyki. Dotkliwie odczuwał niemożności realizacyjne. Pozostawił kilkadziesiąt projektów, różne warianty scenicznych ujęć. We wszystkich projektach mamy, w różnych układach powtarzające się te same elementy - znaki symboliczne. Wypada przypomnieć, że nie była to pierwsza próba interpretacji przypowieści o okrutnej księżniczce i tajemniczych motywach jej działania. Już w czasach młodości, podczas pobytu na stypendium w Rzymie u Fabrizia Clerici’ego zmierzył się z tematem. W 1984 roku, w czasach polskich burzliwych przemian politycznych, po doświadczeniach stanu wojennego, Turandot była pierwszą wspólną z Markiem Weiss-Grzesińskim inscenizacją w Teatrze Wielkim. Stała się dziełem na wskroś aktualnym a zarazem, uniwersalnym. Siłę przedstawienia tworzyła ostra gra kontrastów, niezwykła dynamika i ruch, również w dekoracji - przestrzeń podzielona na kilka planów w poziomie i pionie. Zarys cesarskiego pałacu usytuowany na najwyższym poziomie, jakby zawieszony w powietrzu, tworzył symboliczną i realną przepaść między władzą a poddanymi zapełniającymi niskie, wysunięte ku widzowi proscenium. Przyziemność i wyniesienie, szarość i przepych – blask lśniącej, białej sukni księżniczki uosabiającej śmierć i bezbarwność szarego, kłębiącego się bezosobowego tłumu. W tym świecie kontrastów, okręt o niepokojących żaglach w kształcie motylich skrzydeł wyłaniający się wśród girland żarówek, czerwieni płaszczy Mandarynów, wprowadzał szyderczo-ironiczny, parodystyczny ton. Wydobywane światłem zmiany perspektyw, faktur i kolorów potęgowały wrażenie ruchliwości i dynamiki. W ostatniej propozycji interpretacyjnej Andrzej Kreutz Majewski całkowicie odpolitycznił sztukę. Interesowała go wyłącznie kosmologia, wizja świata i człowieka uwikłanego w siły przyrody i nadprzyrodzone. Zwrócił się ku filozofii starożytnego Wschodu, chińskiej astrologii lunarnej. W projektach ukazują się w zmiennych układach symboliczne elementy dekoracji – duże formy przestrzenne wypełniające obraz sceny. Przewijają się w nich stale dwa dominujące: srebrny rogal – świetlisty sierp księżyca, jak wielka ozdobna, orientalna brosza oraz ogromna tarcza kolista ze źrenicą w centrum: Yin i Yang – symbole życia i ruchu: przeciwieństw i podobieństw. Yin przedstawia Księżyc, Wodę i Ziemię, kobiecość, słabość, ciemność; Yang – Słońce, Ogień, Niebo, jasność, siłę, męskość, suchość. Yin i Yang to dwie antagonistyczne i przeciwstawne, acz wzajemnie się uzupełniające siły. Toczy się nieustająca interakcja między nimi i stałe podleganie przemianom, ale każdy z członów opozycji zawiera w sobie zalążek drugiego. Według starożytnych Chińczyków wszystkie procesy życiowe wprawione zostały w ruch przez ciągle obecne energie owych przeciwstawnych, opychających się i przyciągających sił. W ich estetyce harmonia łączy się z witalnością. Andrzej Kreutz Majewski przez całe życie silnie odczuwał wewnętrzne sprzeczności w sobie i otaczającym go świecie, ale zawsze też dążył do harmonii. Harmonii dysonansów. Zawsze też u niego ponadczasowy i ponadkulturowy język symboli tworzył obraz, w którym świat zewnętrzny był symbolem życia wewnętrznego. Przy pomocy repertuaru tych symboli i prasymboli tworzył wzorzec wewnętrznego uwikłania człowieka w układ sił nim kierujących.
Agnieszka Koecher-Hense – historyk teatru, pracuje w Instytucie Sztuki PAN, wykłada historię scenografii na Wydziale Sztuki Mediów i Scenografii w warszawskiej ASP
Fot. Andrzeja Majewskiego - Tomek Dyczewski
|